načítání...
nákupní košík
Košík

je prázdný
a
b

E-kniha: Nie będziesz mógł oglądać mojego oblicza - Jan Kameníček

Nie będziesz mógł oglądać mojego oblicza

Elektronická kniha: Nie będziesz mógł oglądać mojego oblicza
Autor:

Czeski pisarz Jan Kameníček(http://jankamenicek.cz/pl/) wydał w Polsce tłumaczenie dwóch dzieł w jednym tomie - książka „Nie będziesz mógł oglądać mojego oblicza” oferuje prozę ... (celý popis)
Titul je skladem - ke stažení ihned
Jazyk: pl
Médium: e-kniha
Vaše cena s DPH:  90
+
-
3
boky za nákup

hodnoceni - 0%hodnoceni - 0%hodnoceni - 0%hodnoceni - 0%hodnoceni - 0%   celkové hodnocení
0 hodnocení + 0 recenzí

Specifikace
Nakladatelství: » Tribun EU
Dostupné formáty
ke stažení:
EPUB, MOBI, PDF
Upozornění: většina e-knih je zabezpečena proti tisku
Médium: e-book
Počet stran: 126
Rozměr: 18 cm
Vydání: V Tribunu EU wyd. 1.
Spolupracovali: tłumaczyła Renata Rusin Dybalska
Jazyk: pl
ADOBE DRM: bez
ISBN: 978-80-739-9829-5
Ukázka: » zobrazit ukázku
Popis

Czeski pisarz Jan Kameníček(

Zařazeno v kategoriích
Jan Kameníček - další tituly autora:
Recenze a komentáře k titulu
Zatím žádné recenze.


Ukázka / obsah
Přepis ukázky

Jan Kamení ček

Nie będziesz mógł ogl ąda ć mojego oblicza

Tribun EU

2014


© Jan Kamení ček

Tłumaczyła © Renata Rusin Dybalska


Dom

Nie będziesz mógł ogl ąda ć mojego oblicza, gdy ż żaden

człowiek nie mo że ogl ąda ć mojego oblicza i pozosta ć przy

życiu.

Ksi ęga Wyj ścia, Modlitwa Moj żesza 33,20

Biblia Tysi ąclecia 1983:99



7

Zatrzymał si ę. Spojrzał na karteczk ę trzyman ą w dłoni,

potem za ś na numer domu przymocowany do murowanego,

obłupanego słupka, który, wraz z drugim, słu żył do

zamocowania furtki – zamkni ętej, jak si ę po chwili

przekonał. Kiedy upewnił si ę, że numer domu zgadza si ę z

numerem na karteczce, si ęgn ął do kieszeni spodni i wyj ął

dwa klucze zwi ązane kawałkiem starego sznurka. Klucze i

adres otrzymał we wła ściwym urz ędzie wraz z informacj ą,

że do godziny osiemnastej – kiedy to musi je koniecznie

odda ć – może w spokoju obejrze ć dom i dopiero potem, po

gł ębokim namy śle, powiedzie ć, czy chce w nim mieszka ć,

czy te ż nie. Jednym z kluczy spróbował otworzy ć zamek w

furtce. Przekr ęcił dwa razy i kiedy nacisn ął zardzewiał ą

klamk ę furtka, skrzypi ąc, otworzyła si ę pomału. Wszedł na

mały betonowy chodnik. Ju ż wcze śniej, stoj ąc przed

zamkni ętą bramk ą, mógł zobaczy ć chocia ż cz ęść du żej,

rodzinnej willi, ale nie zrobił tego. Odwracał wzrok,

zostawiaj ąc sobie pierwsze wra żenie na tę chwil ę, kiedy

furtka będzie ju ż otwarta, kiedy będzie ju ż na terenie domu.

Chciał jeszcze zamkn ąć za sob ą drzwiczki, ale z drugiej ich

strony nie było klamki. Prawdopodobnie wła ściciel otwierał

je tylko kluczem – pomy ślał – spogl ądaj ąc na dziwnie

skonstruowany zamek. Zatrzasn ął drzwiczki zwykłym

pchni ęciem ręki, odwrócił si ę i skierował wzrok na

najwy ższy punkt willi – ostro zako ńczone mansardowe

okno. Po chwili zakr ęciło mu si ę w głowie – okno płyn ęło w

chmurach jesiennego dnia – schylił głow ę, przetarł oczy i

spojrzał przed siebie. Zobaczył symetrycznie ukształtowane

wej ście do domu, kilka schodków na podwy ższony, mocno

zakurzony taras. Tylko tam mo żna si ę było spodziewa ć

wej ścia do domu. Zrobił kilka kroków, wszedł po czterech

schodkach i znalazł si ę na tarasie. Posadzka była bardzo


8

zakurzona, zostawiał za sob ą jasne ślady. Doszedł do

brudnych drzwi, które z pewno ści ą były głównym wej ściem

do domu. Chciał je otworzy ć drugim kluczem, najpierw

jednak nacisn ął klamk ę – ku jego zdziwieniu drzwi si ę

otworzyły.

Wszedł do domu. Znalazł si ę w ciemnym korytarzu i nagle

zakr ęciło mu si ę w głowie, na pocz ątku lekko, jakie ś

delikatne oszołomienie, słodkie, pełne zapachów. Musiał

usi ąść na drewnianym stopniu i poczeka ć aż głowa i ciało

si ę uspokoj ą. Na szcz ęś cie ju ż po chwili poczuł si ę dobrze,

mógł wsta ć i rozejrze ć si ę wokół siebie. Zobaczył drewniane

schody, prowadz ące prawdopodobnie na pierwsze pi ętro,

drzwi po lewej stronie, drzwi naprzeciwko. Po kilku krokach

zauwa żył kamienne schodki prowadz ące na dół,

prawdopodobnie do piwnicy domu. Zatrzymał si ę,

wstrzymał oddech i przez chwil ę słuchał w napi ęciu.

Usłyszał – ku swemu zdziwieniu – cichy szmer, delikatny

metaliczny dźwi ęk. Szybko jednak przestał zwraca ć na

niego uwag ę – był pewny, że to dźwi ęk gał ęzi ocieraj ącej si ę

o mur lub rynn ę. Podszedł do drzwi po swojej lewej stronie.

Chciał nacisn ąć klamk ę, zamiast niej zobaczył jednak du żą ,

okr ągł ą, metalow ą gałk ę. W drzwiach naprzeciwko te ż nie

było klamki. Doszedł do wniosku, że klucze, jak to zwykle

bywa, wisz ą gdzie ś niedaleko drzwi. Uwa żnie dotykał ręką

ramy drzwi, badaj ąc w ten sposób ka żdy jej centymetr.

Nagle usłyszał kilka wyra źnych kroków i wszystko stało si ę

jasne. To żadna gał ąź , żadna rynna, ten szmer mo że

pochodzi ć od dozorcy. Przecie ż to oczywiste, że kto ś tu

musi mieszka ć. Ju ż chciał zej ść po kamiennych schodkach

do piwnicy, gdzie, jak przypuszczał, mieszkał dozorca, ale

w ostatniej chwili zdecydował si ę, że obejrzy dom w

spokoju, w samotno ści. Obejrzy sam pierwsze pi ętro, bez


9

uwag obcego człowieka, który, jak to zazwyczaj czyni

dozorca, mógłby chwali ć tak że to, co do chwalenia si ę nie

nadaje. Wszedł na drewniane schody prowadz ące na

pierwsze pi ętro, zaskrzypiały pod ci ęż arem jego ciała.

Zatrzymał si ę wystraszony. Nie czułby si ę dobrze, gdyby

dozorca odkrył jego obecno ść , mimo iż wystarczyło, o czym

pomy ślał z ulg ą, pokaza ć adres i numer telefonu urz ędu,

które miał na kartce. Jeden telefon z pewno ści ą wyja śniłby

jego obecno ść . Z uczuciem, że robi co ś zakazanego, co

jednak mogłoby by ć od razu wyja śnione, gdyby tylko został

odkryty przez dozorc ę, wchodził uwa żnie na gór ę po

drewnianych schodkach. Dochodz ąc do podestu na

pierwszym pi ętrze, w półmroku klatki schodowej zd ąż ył

zauwa żyć pi ękne ryciny miasta powieszone na ścianach oraz

zorientowa ć si ę, że jest tam dwoje drzwi, jedne na prawo,

drugie naprzeciw niego. Spojrzenie w gór ę. Schody

wznosiły si ę dalej, z pewno ści ą na strych lub drugie pi ętro.

Zdecydował, że teraz tam nie pójdzie. Je śli uda mu si ę

otworzy ć drzwi, na razie obejrzy tylko te pokoje. Uwa żnie

wychylił si ę przez drewnian ą por ęcz i nasłuchiwał, czy

dozorca ju ż go nie śledzi. Szmer nie ustawał, doszedł wi ęc

do wniosku, że mo że wej ść do środka. Na wszelki wypadek

kilka razy zapukał do drzwi. Zbli żył si ę do nich i

nasłuchiwał, czy nikogo nie ma w środku. Pomy ślał, że

mo że tam sprz ąta ć żona dozorcy i w tej sytuacji lepiej

będzie, je śli to ona mu otworzy. Dobrze zrobił, że nie

wszedł do środka i zgodnie z zasadami dobrego wychowania

został przed drzwiami! Te, bowiem, po chwili otworzyły si ę

i stan ęła przed nim około sze ść dziesi ęcioletnia, pi ękna

kobieta, z pi ęknymi gęstymi włosami przyprószonymi ju ż

siwizn ą. Mógł przyjrze ć si ę jej w spokoju. Kobieta stała

naprzeciw niego z jedn ą ręką opartą o skrzydło drzwi, miło


10

si ę uśmiechaj ąc. Patrzył na pi ękn ą, ciemn ą sukni ę, z

koronk ą wokół szyi, jak ą miała na sobie. Zwrócił uwag ę na

szczupł ą sylwetk ę z pełnym biustem, która nie mogła

nale żeć do sze ść dziesi ęcioletniej kobiety. By ć mo że, była

młodsza, chocia ż gdy uwa żnie spojrzał na jej twarz, wokół

oczu i małych, otwartych ust zauwa żył wiele zmarszczek.

Kobieta, co było oczywiste, czekała, aż si ę odezwie i

wyja śni, dlaczego jej przeszkadza. Przywitał si ę i od razu

zapytał, czy jest żon ą dozorcy, którego słyszy od chwili, gdy

wszedł do domu.

- Nie – powiedziała spokojnie i nawet na niego nie

spojrzała. - Nie jestem żon ą dozorcy. Mieszkam tutaj. Jestem wdow ą

– stwierdziła z widocznym zakłopotaniem, patrz ąc gdzie ś

za jego plecy. - Chwileczk ę – powiedział z uśmiechem i wło żył rękę do

kieszeni. Wyj ął kartk ę i przeczytał jej adres. - Tak – stwierdziła kobieta – wszystko si ę zgadza. - Tak wi ęc to wszystko to pomyłka - pomy ślał. - Czy w innych mieszkaniach te ż kto ś mieszka? – spytał

rozbawiony. Kobieta przytakn ęła. - Tak, tu we wszystkich mieszkaniach są lokatorzy. - W takim wypadku – powiedział - delikatnie si ę kłaniaj ąc

– przepraszam pani ą. W urz ędzie najwyra źniej kto ś si ę

pomylił. To oczywista pomyłka i nie ma co do tego

żadnych wątpliwo ści – uśmiechn ął si ę rozbawiony. Dali

mi – potrz ąsn ął wyj ętymi z kieszeni kluczami – dali mi

złe klucze. Tak – przytakn ął – urz ąd najwyra źniej si ę

pomylił. - Gdzie? – zapytała bez zainteresowania. - W urz ędzie – powiedział. - Aha, a wi ęc to pan? – spojrzała na niego zdziwiona.

- Czy pani co ś o mnie wie?

- Tak, co nieco – uśmiechn ęła si ę. To trzeba wyja śni ć – powiedział – Czy ma pani ... telefon?Kobieta potwierdziła skinieniem głowy.

- Mam. Rzadko telefonuj ę, ale mam. Wła ściwie nigdy,

nigdzie nie dzwoni ę.

- Czy mog ę zatelefonowa ć?

- Oczywi ście, niech pan wejdzie.

Mieszkanie było pi ękne. Zd ąż ył zajrze ć do jednego z pokojów – stylowe, pachn ące meble, na podłodze perski dywan, na ścianach stare obrazy. Kobieta zamkn ęła przed nim drzwi do pokoju, jednak przedpokój, w którym stał, tak że był zachwycaj ący. Stare tapety ze scenami z polowa ń, antyczne skrzynie, mały stolik z telefonem. Kobieta stała oparta o drzwi i patrzyła zamy ślonym wzrokiem gdzie ś na ścian ę naprzeciwko. Czekała, aż sko ńczy rozmawia ć, aby móc go wypu ści ć z mieszkania.

Podniósł słuchawk ę i wykr ęcił numer telefonu, który miał na kartce. Po chwili usłyszał męski głos:

- Słucham? W czym mog ę pomóc?

- Dzie ń dobry – powiedział i odkr ęcił si ę, aby kobieta nie

mogła go słysze ć – czy to urz ąd kwaterunkowy?

Chciałbym rozmawia ć... Halo? – kilkakrotnie krzykn ął

do słuchawki, gdy ż wydawało mu si ę, że po drugiej

stronie jest głucha cisza.

- Tak, słucham pana – powiedział głos w telefonie – Czego

pan sobie życzy?

- Czy to urz ąd kwaterunkowy?

- Nie, to mieszkanie prywatne. Powtórzył do telefonu numer.

- Numer si ę zgadza. Czego pan sobie życzy?

- Chciałbym rozmawia ć ze spółdzielni ą mieszkaniow ą –

krzykn ął zniecierpliwiony.

- To pomyłka. To jest mieszkanie prywatne. Prosz ę

powiedzie ć, czego pan sobie życzy, a jak nie to

ko ńczymy rozmow ę. Prosz ę mnie zrozumie ć, wyje żdżam

wła śnie w dług ą podró ż i musz ę jeszcze doko ńczy ć

pakowanie. Prosz ę powiedzie ć, czego pan sobie życzy i

mnie nie zatrzymywa ć.

- Chciałbym rozmawia ć ze spółdzielni ą mieszkaniową!

- Mówiłem panu – powiedział głos po drugiej stronie – że

to prywatne mieszkanie. Ko ńcz ę, wyje żdżam w dług ą

podró ż i musz ę doko ńczy ć pakowanie. Do widzenia

panu!

Usłyszał jak męż czyzna po drugiej stronie odkłada słuchawk ę. Odwrócił si ę, aby chocia ż spojrzeniem móc wyja śni ć kobiecie kłopotliw ą sytuacj ę, w jakiej si ę znalazł, ale jej tam nie było.

Chciał podej ść do drzwi, otworzy ć je i zawoła ć kobiet ę z powrotem do przedpokoju, ale sznur telefonu był zbyt krótki. Odło żył wi ęc słuchawk ę na widełki i stał grzecznie przy drzwiach mieszkania.

Po chwili uświadomił sobie, że za drzwiami do pokoju panuje głucha cisza. Podszedł i przyło żył do nich ucho. Było cicho, słyszał tylko swój oddech. Zapukał raz, po chwili ponownie. Nacisn ął klamk ę i otworzył. Pomieszczenie było puste. Na podłodze zobaczył niesamowity perski dywan, na ścianach obrazy, pi ękne, stylowe meble.

Na stole, na środku pokoju le żał jaki ś skrawek papieru.

Zacz ął czyta ć z zaciekawieniem:

„Wiem, że przyszedł Pan naprawi ć dach! Wszyscy ju ż mamy tego do ść . Czekamy tylko, kiedy na nas spadnie! Życzymy Panu du żo szczęś cia i sukcesów w pracy!”

Podpis nieczytelny.

Były tam jeszcze jedne szklane drzwi. Podszedł do nich i nacisn ął klamk ę. Zamkni ęte. Najwyra źniej kobieta nie chce ju ż z nim rozmawia ć i st ąd ta wiadomo ść na stole. Powiedziała, co chciała, a teraz on będzie musiał odej ść . Po cichu przeszedł przez przedpokój i cicho zatrzasn ął za sob ą drzwi mieszkania. Słuchał przez chwil ę, ale kobieta ju ż si ę nie pokazała. Z zaciekawieniem podszedł do drugich drzwi i delikatnie zapukał. Na pocz ątku my ślał, że si ę myli, że dźwięk dobiega tylko z piwnicy. Słyszał jedynie swój oddech. Zapukał ponownie. Drzwi otworzyły si ę. Zobaczył oko mężczyzny ukoronowane du żą , krzaczast ą brwi ą.

- Dzie ń dobry – powiedział.

- Prosz ę przesta ć tak hałasowa ć! – powiedział głos za

drzwiami.

- To prosz ę otworzy ć!

- Będę z panem rozmawia ć tak – odezwał si ę głos za

drzwiami – a je śli si ę to panu nie podoba, to prosz ę

odej ść !

- Prosz ę pana... – zakłopotał si ę. Nagle zapomniał, o co

chciał zapyta ć. Zastanawiał si ę, jak zachowa ć si ę w tej

kłopotliwej sytuacji. Męż czyzna za drzwiami

pojednawczo powiedział:

- Przyszedł pan w zwi ązku z naszym dachem?

- Nie – powiedział zdziwiony – chc ę wynaj ąć ten dom

i zamieszka ć tu, to wszystko.

- Tu mieszkaj ą ludzie – powiedział męż czyzna za

drzwiami – wszystkie mieszkania są zaj ęte.

- Wszystkie? – zdziwił si ę.

- Tak, wszystkie... w niektórych mieszka nawet po kilka

rodzin. Chwileczk ę – przerwał – obok pana, tu na prawo,


14

mieszka jaka ś pani. Ma du że mieszkanie, jak

przypuszczam, i jest tam sama. Czy to prawda? - Tak si ę panu wydaje – dobiegło zza drzwi – czy widział

pan całe jej mieszkanie? Musiał przyzna ć, że nie widział. - Owszem, widziałem pokój – dodał – z pi ęknym perskim

dywanem, z niesamowitymi obrazami i stylowymi

meblami. - Ale całego jej mieszkania... – przerwał mu męż czyzna za

drzwiami – całego jej mieszkania pan nie widział. Czy

tak? - Nie. Przecie ż mówi ę panu, że go nie widziałem. - Mojego mieszkania... – powiedział męż czyzna – mojego

mieszkania te ż pan jeszcze nie widział. A wi ęc nic pan

nie wie. Zamy ślony męż czyzna kilkakrotnie pokiwał

głow ą. - Przyszedł pan naprawi ć dach? - Co wy ci ągle z tym dachem? – wykrzykn ął rozgniewany.

Jego cierpliwo ść ko ńczyła si ę i miał ju ż do ść rozmowy

z męż czyzn ą przez zamkni ęte drzwi. - Chc ę pana zobaczy ć – powiedział. – To dla mnie żadna

przyjemno ść rozmawia ć z panem w ten sposób. Słyszy

pan? Drzwi otworzyły si ę. Stan ął w nich męż czyzna o starej twarzy, z długimi, si ęgaj ącymi do ramion siwymi włosami, w pi ęknym, złotem wyszywanym szlafroku i w rannych pantoflach. - Dzie ń dobry – powitał go ze zdziwieniem i wyci ągn ął

rękę. Chciał mu poda ć dło ń na znak przyja źni i zgody. - Nie podam panu ręki, poniewa ż nie wiem, kim pan jest.

Czy jest pan robotnikiem? Monterem? Czy przyszedł pan

naprawi ć dach? - Nie – odpowiedział - W takim razie dobrze, że nie podałem panu ręki. Nie ma

pan tu czego szuka ć. - Chc ę wynaj ąć ten dom. To wszystko. - Męż czyzna przygl ądał mu si ę przez chwil ę. - Ten dom nie jest do wynaj ęcia, chocia ż... – powiedział –

teraz ju ż wszystko rozumiem i cała sprawa jest dla mnie

jasna. Witam wi ęc pana serdecznie! - Nie, sk ądże! – szybko poprawił męż czyzn ę – Nie nale żę

do tego miejsca! Męż czyzna pokiwał głow ą zamy ślony. - Ale ż tak, je śli ju ż pan tu jest, to nale ży, albo.... –

powiedział męż czyzna. - Albo...? - powtórzył po nim. - Albo – dopowiedział męż czyzna – przyszedł pan

naprawi ć dach. - Co wy ci ągle z tym dachem? Nic innego nie słysz ę, tylko

ten dach! – powiedział bliski rozpaczy. – Nie jestem ani

monterem, ani robotnikiem! - Kim wi ęc pan jest? - Jestem malarzem. - Pokojowym? - Nie, maluj ę obrazy. Martwa natura, portrety grupowe

i same twarze. Nie wierzy mi pan? - Prosz ę pana – powiedział męż czyzna – mnie jest

wszystko jedno, co pan mówi. Tutaj człowiek mo że sobie

wymy śli ć, co tylko zechce. Ka żdy sobie tutaj troszk ę

wymy śla. Mo że innym opowiada ć jakiekolwiek

historyjki czy prawdy, a nawet sam w nie nie wierzy –

spojrzał na niego zamy ślony. – Te ż tego nie rozumiem.

Nie jest pan robotnikiem i nie przyszedł pan zreperowa ć

dachu... - Przyszedłem wynaj ąć albo kupi ć ten dom. Chc ę w nim

mieszka ć i pracowa ć. Widz ę jednak... – mówił cierpliwie

– że dom jest zamieszkany, a wszystko to, to oczywista

pomyłka. Nawiasem mówi ąc, nie ma pan telefonu? Męż czyzna potwierdził skinieniem głowy. - Chciałbym zatelefonowa ć. Męż czyzna pokazał mu aparat. W ko ńcu rozejrzał si ę po

przedpokoju. Był mały, tylko kilka metrów kwadratowych,

ze star ą mat ą na podłodze, na ścianach nie było obrazów.

Wykr ęcił numer wła ściwego urz ędu.

- Słucham?

- Dzie ń dobry, czy to urz ąd kwaterunkowy?

- Ach, to znów pan! – powiedział głos po drugiej stronie. –

Niech pan będzie tak miły i da mi spokój. Jad ę w dług ą

podró ż i nie mam czasu na żarty. Je śli zadzwoni pan raz

jeszcze.... Odło żył słuchawk ę. - Dzi ękuj ę – powiedział – prosz ę si ę nie gniewa ć, że panu

przeszkodziłem. Teraz wreszcie poszukam dozorcy,

mo że to wszystko si ę wyja śni. - Kogo? – powiedział rozbawiony męż czyzna. - Dozorcy. Teraz mi pan powie, że nie ma tu dozorcy!

Słyszałem go kilka razy całkiem wyra źnie, przecie ż ten

szmer... – popatrzył na męż czyzn ę. – Na pewno jest tu

dozorca! Tak, czy nie...? - Tak, powiedzmy, że jest to dozorca i mo żna go tak

nazwa ć. Prosz ę... – męż czyzna wyci ągn ął rękę za jego

plecami a drug ą pokazał drzwi. Wyszedł z mieszkania.

Męż czyzna był przygotowany, aby si ę z nim po żegna ć

i zamkn ąć za nim drzwi. - Jeszcze raz panu dzi ękuj ę i przepraszam, że

przeszkodziłem.

- Nic si ę nie stało – powiedział ochoczo męż czyzna. Nie

przeszkodził mi pan. Siedziałem sobie i rozmy ślałem.

Z Bogiem.

- Do widzenia – powiedział.

Drzwi si ę zamkn ęły. Dlaczego męż czyzna wci ąż mówił o tym dachu, tak jak przedtem kobieta? Zaraz tam pójdzie i zobaczy. Je śli dach naprawd ę jest uszkodzony, nie warto wynajmowa ć domu, to oznacza kolejną, du żą inwestycj ę. Cho ć i tak to musi by ć jaka ś pomyłka, niemiłe niedopatrzenie. W spółdzielni nikt nic nie mówił o żadnych najemcach, my ślał wchodz ąc po schodach. Zauwa żył, że na ścianach wisiały obrazy przedstawiaj ące kwitn ący ogród, zaraz obok obrazek diabła, rysunek dzieci ęcy, a dalej obrazek ślepca stoj ącego na du żej zielonej łące. Zdziwiła go taka kombinacja motywów. Zatrzymał si ę na pode ście, gdzie wisiał kolejny obraz. Du że, ogromne płótno z kiczowatym motywem Ikara spadaj ącego do morza. Nacisn ął klamkę jedynych drzwi, które si ę tam znajdowały. Otworzył je i uwa żnie zajrzał do środka. Poczuł ciepłe powietrze pełne kurzu i st ęchlizny. Strych był pusty i cichy, przez małe okienko i szczeliny mi ędzy dachówkami prze świtywało światło. Wydawało mu si ę, że dach nie jest w żaden sposób uszkodzony. Chciał go dokładniej obejrze ć, lecz w momencie, w którym chciał wej ść na strych, usłyszał gło śny szmer. Delikatnie zamkn ął drzwi i stan ął na pode ście. Szmer był intensywny i dochodził ze ściany, na której zainstalowane było centralne ogrzewanie. Uśmiechn ął si ę. Najwyra źniej dozorca doło żył do kotła i szmer rozchodził si ę rurami aż na gór ę. Odetchn ął. Zachowuje si ę jak tchórz. Czy nie byłoby lepiej zej ść na dół do dozorcy i przedstawi ć si ę? Pokaza ć adres i numer telefonu urz ędu? Schodził pomału ze schodów. Przeszedł przed pierwsze pi ętro. Kobieta i męż czyzna, z pewno ści ą, obserwowali go przez cały czas, poniewa ż jak tylko wszedł na podest drzwi obu mieszka ń pospiesznie si ę zamkn ęły. Zszedł na parter. Chciał zej ść po kamiennych schodach jeszcze ni żej, kiedy otworzyły si ę drzwi, z których, gor ączkowo gestykuluj ąc, wybiegł młody męż czyzna.

- Tam pan nie mo że! – szeptał zdenerwowany. – Prosz ę

tam nie wchodzi ć!

- Dlaczego? – zapytał zdziwiony.

Młodzian, z rękami przed sob ą, gestykulował nerwowo.

Miał wąsk ą, wychudzon ą twarz, szczupłe palce i ciało.

Ubrany był w jasn ą pi żam ę.

- Dlaczego nie mog ę tam pój ść ? Chciałem si ę o co ś

zapyta ć. Wie pan – powiedział – znalazłem si ę tu w

wyniku niedopatrzenia, dostałem złe klucze. Musz ę

porozmawia ć z dozorc ą.

- Tam nie ma dozorcy! Tam nie ma dozorcy! – młody

męż czyzna prawie krzyczał wymachuj ąc rękami. – Tam

przecie ż nie ma dozorcy. To pan nic nie wie?

- Nie, naprawd ę nic nie wiem – uśmiechn ął si ę do niego. –

A wła ściwie, prosz ę mnie zostawi ć. Nic panu do tego,

gdzie id ę, albo, gdzie chc ę iść .

Wyrwał si ę młodemu męż czy źnie, który mi ędzy czasie

zd ąż ył ju ż go chwyci ć i pewnie trzymał za płaszcz. Jak tylko

udało mu si ę uwolni ć, młodzian po śpiesznie znikn ął za

drzwiami mieszkania i obserwował go przez wąsk ą szpar ę

w drzwiach. Umy ślnie nie zwracał na niego uwagi. Nie

spiesz ąc si ę i okazuj ąc oboj ętno ść spogl ądał na obrazki na

ścianach. Prawie bez wyj ątku były to ryciny kwiatów. Po

kamiennych schodkach schodził coraz ni żej do piwnicy.

W półmroku rozpoznał jeszcze rysunek młodego jagni ęcia

pasionego przez młodego chłopca na słonecznej łące.


19

Korytarz piwnicy nie był oświetlony. Jedyne światło

dostawało si ę tutaj z góry. Z trudem rozpoznał drzwi za

mał ą wn ęką po lewo, kolejne o kilka metrów gł ębiej, w

korytarzu, potem naprzeciwko niego i ostatnie na prawo.

Kiedy zbli żył si ę bardzo blisko drzwi, z niemałym

wysiłkiem dostrzegł tabliczk ę, na której niewyra źnym

pismem napisano: „Dozorca”. Niech nikt mi nie mówi, że

nie ma tutaj dozorcy. Widocznie trafił mi ędzy szale ńców.

Wrócił do drzwi, zza których docierał szmer i po cichu je

otworzył.

Wstrzymał oddech. By ć mo że z tego ciepła, które na niego

buchn ęło, bądź ze strachu. Zobaczył męż czyzn ę w długim,

skórzanym fartuchu, który właśnie kładł na łopat ę ciało kota

lub du żej kotki i pomału wkładał je do otwartych drzwiczek

kotła.

Szybko przymkn ął drzwi i obserwował palacza tylko przez

wąsk ą szpar ę. Jego twarz była oświetlona przez ogie ń

z otwartego kotła. Ściekały po niej łzy, które wytarł

rękawem, kiedy pomału zamykał drzwiczki. Dla pewno ści

kilkakrotnie zastukał do drzwi i gło śno je otworzył.

Męż czyzna szybko wyprostował si ę i przymkn ął oczy,

aby lepiej widzie ć go ścia.

- Czego pan sobie życzy!? – wykrzykn ął z przera żeniem. –

Co pan tu robi?

- Dostałem klucze w urz ędzie kwaterunkowym –

potrz ąsn ął kluczami nad głow ą. – Widzi pan? A

wła ściwie – uśmiechn ął si ę niepewnie – to są złe klucze.

Powiedzieli mi, że mog ę sobie obejrze ć dom i po

przemy śleniu sprawy powiedzie ć.... Tak czy inaczej

klucze musz ę do osiemnastej bezwarunkowo – na to

słowo poło żył szczególny nacisk – odda ć. A poniewa ż



       
Knihkupectví Knihy.ABZ.cz - online prodej | ABZ Knihy, a.s.
ABZ knihy, a.s.
 
 
 

Knihy.ABZ.cz - knihkupectví online -  © 2004-2018 - ABZ ABZ knihy, a.s. TOPlist